piątek, 16 lutego 2007
True or False?

True or False?

Co jest prawdą a co fałszem, znienawidzoną projekcją, wbrew woli i uczuciom? Która prawda jest prawdziwsza? Ta, którą podpowiada rozum? Czy ta, którą podpowiada zranione serce? A może ta prawda należąca do dziecka, które kryje się głęboko w środku i nie potrafi rozdzielić ziarna od plew?

Ósemka Mieczy rządzi mną od dwóch czy trzech dni.

W swojej niecierpliwości i pragnieniu otrzymania wszystkiego Teraz i Tutaj, zapętliłam się.

Sama się spętałam negatywnym myśleniem, być może wyimaginowanym smutkiem, swoimi, pokrętnymi prawdami i racjami. Zbyt przyzwyczajona do tego, że "zawsze się tak kończy", sama zaczynam zaganiać się w ten sam kozi róg, co zawsze.

Nie wytrzymałam wczoraj i napisałam przeprosiny. Spytał, za co, skoro nie dostał żadnego smsa. Kłamstewko i to po raz drugi takie samo.

Napisałam, że miałam zły humor, kłótnie i w ogóle jest mi źle a tak w ogóle to ani sława od niego i jest daleko i myślę, że to moja wina. Ponieważ Ewelina zrywała wczoraj z Robem, nie wysłałam odpowiedzi od razu, tylko koło 22:00. Albo i później. Odpowiedzi nie otrzymałam.

W Staffroomie nie podeszłam po kartę. Sam zapytał czy chcę skorzystać z jego karty. Usiadłam przy nim. Spytał czy wszystko ok., ale cos burknęłam. Kiedy poszedł w końcu Dan, wyjął telefon i zaczął w nim grzebać. W końcu powiedział, że o mało, co nie obudził mnie dziś rano. Poszedł spać ok. 22:00 i kiedy obudził się o 5:00 znalazł moją wiadomość. Odpisał i w ostatniej chwili przypomniał sobie, że pewnie śpię, bo nie idę dziś do pracy. Przestawił, więc ustawienie tak, aby wiadomość została wysłana o 12:00. Spytałam, co w wiadomości było…i odpowiedział, że nie pamięta. I pewnie właśnie wtedy ją skasował, bo o 12:00 nic nie nadeszło.

Eweliny interpretacja okazała się więc taka jak moja: napisał coś od serca, prawdziwego, co mógłby wysłać, gdybym miała wolne, ale kiedy przeczytał to po kilku godzinach, przestraszył się i skasował. Niemożliwe, żeby nie pamiętał co napisał, ale przecież nie mógłby mi powiedzieć tego w cztery oczy, prawda? Więc znowu czmychnął do skorupki.

Dziś pije. Ma w planie ulec alkoholowemu zatruciu na masową skalę.

W ciągu dnia wyłączaliśmy sobie baterie, trochę żartowaliśmy, ale nie wychodzimy już razem z Tesco. Nieszczególnie się spieszyłam, ale nie było go ani na parkingu ani nigdzie.

W domu, usta w podkówkę.

Zrobiłam próbę holotroficznego oddechu. Potworność! I to potworność na skalę hollywoodzkich filmów o wilkołakach. Co nie oznacza, że spróbuję jeszcze raz przy najbliższej okazji. Po ok. 4-5 minutach zaczęło mi lekko mrowić w okolicy ślinianek. Z chwili na chwilę, mrowienie przenosiło się w okolice ust, wyżej, w stronę zatok przynosowych. I w dół, po szyi, wzdłuż ramion i powoli do przedramion. Później, w dół tułowia i dość wyraźnie na przedniej części ud. W międzyczasie zaczął się niesamowity skurcz warg, jak w ptasi dziubek. Tak silnie, że nie mogłabym w tym czasie otworzyć ust. Wtedy zaczęły zbiegać się kciuki i po pewnym czasie z rąk zrobiły mi się szpony- naprężone do granic wytrzymałości. I zaczęły otwierać się usta- w niemym, przerażającym krzyku. Bezgłośne, obciągnięte wargami, które zawinęły się do środka, okrywając zęby. Nie żadne skarby nie chciałbym zobaczyć siebie w lustrze w tym momencie. W końcu świadomie udało mi się obnażyć żeby i wtedy otworzyłam usta na całą szerokość, jak wilkołak. Boże, czułam się jak w mojej wizji Mein Teil, kiedy zdejmuję z siebie skórę! Mogłam otwierać oczy, ale ni zauważyłam żadnych zmian kolorów. Kiedy poczułam, że wystarczy, chciałam usiąść, zaczęłam się podnosić, opadać, znowu podnosić. Nie wiem ile to trwało, może 15-20 minut. Patrzyłam na swoje dłonie, napięte, małe palce były tak przykurczone, że po odgięciu palca, wracał sam do tej samej pozycji. Resztę „jazdy” przepłynęłam w jednym z najgłębszych stanów Alfa w życiu. BYŁAM tapczanem, nie miałam ciała, jedynie jestestwo. Tak upłynęło kolejne 30-40 minut. Na nie istnieniu, w rezultacie, bo w końcu straciłam kontakt z rzeczywistością i odpłynęłam zmęczona. Ale to nie był sen.

Nieprawdopodobne doznanie. Jak Newt, która mówiła: „Moja Mama mówiła, że prawdziwe potwory nie istnieją, ale one tam są.”

Słucham „Waiting for Cousteau”. Jutro w nocny wypróbuję tego z Oddechem a tym czasem lecę pogrzebać w sieci w poszukiwaniu relacji z doświadczeń z OT.


Wczoraj Rob płakał mi w kieszeń jak dziecko. Szybko sie pocieszył, dziś znowu ma dobry humor, gotuje i śpiewa. Nie wiem czy wynika to z jego radosnej natury, z braku głębi emocjonalnej, niedojrzałości życiowej czy cholera wie czego. Gdzie jego kieszonkowy koniec świata? Gdzie smutki dnia wczorajszego? Nidgy, w całym swoim życiu nie udało mi się tak szybko otrząsnąć z miłosnego zawodu. Kłaniam się pełna podziwu dla tej sztuki i proszę o kawałek do pudełka.

Jest 22:04:27, czas do łóżka. Co będzie jutro- będzie jutro ale nie będzie już tego pojutrze. I niech przyświeca mi ta sama GWIAZDA, która w rozkładach przyświecała dzis Adasiowi. I pamiętaj o tym rozkładzie: trzy karty, pytanie o to co nastąpi w najblizszym czasie, troche późnieji jeszcze troche później: MAG, KOCHANKOWIE, AS KIELICHóW. Czy mam wspominac, że oniemiałam? :D

Spij Adasiu, niech śnią ci się same dobre sny (acha, pijesz dzisiaj). A więc potężnego kaca ci życzę i obyś spędził noc na kiwaniu się nad szkalnką piwa, snując pod nosem żałosną pieśń o "jej oczach błetkitnych jak stawy"

Dobranoc Maleństwo.

środa, 01 listopada 2006
1 listopada

Wczoraj- Halloween. Widziałam parę dzieciaków trikującą po domach, ale w oknach czy ogrodach nie dopatrzyłam się żadnej dyńki. Takie mi święto.

Jadąc na spotkanie BAPu zapadłam w jesienno- zaduszkowy klimat podszywany halloweenowym nastrojem. Zza drzew wystawały szczupłe cienie, liście były bardziej szeleszczące niż zwykle. No i myśl o Babci i Tacie.

Na spotkaniu niewiele- Magda sie nie pojawiła, Marta zrezygnowała, pojawił się za to jakiś Koszałek Opałek ze złotym wisiorem w kształcie polskiego orła, wyłożonym na dres. Obżyd jakich mało. Pani Genia szykuje dwie nowe imprezy polonijne na myśl których już robi mi się niedobrze. Nie dociera do niej, że działalność Stowarzyszenia ma na celu coś innego niż tylko serwowanie pączków i barszczyku co trzy tygodnie. Kiedy zaczynam tłumaczyć, że chodzi o członkostwo i pomaganie sobie nawzajem, robi "oczy" i zaczyna bąkać o bigosie. A potem słyszę, że potrzebujemy kogoś z charyzmą, żeby się za to zabrał. Jasne. Już siebie w tym widzę. I to akurat kiedy myślę o rzuceniu tego kółka wzajemnej adoracji w cholerę.

Rano byłam na szkoleniu z Kluczowych Umiejętności w T. Było miło, były czekoladki i dość dużo przydatnych informacji. Żadnych rewelacji, nic czego nie usłyszałam wcześniej w PH ani nic o czym PH by nie zapominało. Ale przyda się, no i mam to w papierach.

To wczoraj. Dziś zrobiłam pranie ręczne w wannie jak jakiś średniowieczna praczka. Pieprzona pralka. Obejrzałam na YouTube plik z "Ich Will" podłożonym pod Kaczorów. I po 20 sekundach zrobiło mi się niedobrze. Ja zostawiłam ten syf za sobą, oni nadal tam żyją. I robi się coraz gorzej. Jeśli ktoś mnie spyta jaki ustrój mamy w Polsce- bez wahania odpowiem, że faszyzm. Naszą narodową, katolicko- sekciarską wersję dla półmózgów.

Ewelinka. Wróciła powoli do nazywania mnie "Monisiu". Zostawiłam wczoraj swoje utensylia kąpielowe w salonie, niespecjalnie ale zastanowiłam kiedy Ewelinka zapragnie kąpieli z bąbelkami. Dziś: "Monisiu, a co masz na bąbelki w wannie?" powiedziała trzymając już butelkę płynu w ręku i czytając pod nosem: wino i róże.... No i miała kąpiel z bąbelkami! A co?

poniedziałek, 30 października 2006
Zmiana dyzajna
Dyzajn mojego bloga PRAWIE przypomina wymarzony. Brakuje tu niestety miejsca na buźkę Ryszarda, ale wystarczy, że widzę ją jak leży na podłodze, czy pogryza kotleta.

Atmosfera dziwaczna. Nie patrzę na Ewelinę ale rozmawiamy. Wolę jednak jak Truffel odbiera moje dowcipy, niż dowcipkować bezpośrednio do niej. Tymasem usłyszałam co kupi dziecku pod choinkę i jak sobie zrobi prezent- białe złoto- bo jest takie śliczne, ach!

Tymczasem siedzę, mam komputer dla siebie, leci ścieżka z Miasta Aniołów i jest dobrze. Może jakiś koncercik wieczorową porą poprawi mi humor, który będzie można nazwać znośnym. Tym bardziej, że to pierwszy dzień pięciu dni urlopu, który mam zamiar wykorzystać do zarzygania.

Albo wezmę się na pomysł Paula (czyli jak za pomocą łódki i wiosła odreagować stresa) albo zastosuję się do tego:


Zajmij się nierobieniem niczego
Usiłuj nic nie usiłować
Kosztuj to, co nie ma smaku;
Uważaj to, co nieważne, za ważne;
Wiele razy wykorzystuj niewiele;
Odpłacaj dobrem za zło;
Planuj, co zrobisz, gdy będzie trudno;
gdy jeszcze jest łatwo;
Rób to, co wielkie,
Gdy jeszcze jest małe.

Lao-Tzu


Blog

Bardziej niż kiedykolwiek, ten blog pozwala mi na skrystalizowanie myśli i podsumowanie tego co dzieje sie dookoła. Po przejrzeniu wpisów z ostatnich dwóch miesięcy stwierdzam co następuje: jest ich o wiele za mało, wszystkie pomijają co fantastycznego przydarzyło mi sie w ciągu ostatnich tygodni, we wszystkich wkurzam się na tłum wokół mnie. Moja angielska wolnośc odchodzi w mgłę zapomnienia.

Awantura

Wyskoczył mi bezpiecznik. Nie dałam rady.

Dzień za dniem, słowo za słowem aż w końcu wyrzuciłam z siebie całe to wkurwienie na Ewelinę. Zaczęła szczekać na Sławka. Beznamiętnie, spokojnym, niewzruszonym tonem zaczęła komentować jego najmniejsze działanie: "Kurwa, jak na ciebie patrzę to mi się flaki wywracają, ty. Co ty robisz, jak ty żyjesz? Czy ty w ogóle patrzysz jak ty wyglądasz? Ubierz się bo wyglądasz jak szmata! Robisz syf ze swojego życia i teraz jeszcze mnie w to wciągasz? Rzygam na myśl o tobie od lat, a teraz muszę cię tolerować na co dzień! Ty się powinieneś zabić, popełnić samobójstwo! Ja bym tak zrobiła, jakbym była tobą. Smarkasz, stukasz i nie nosisz skarpetek! Chodzisz boso! Spierdalaj, idź bo nie mogę na ciebie patrzeć! Nie mam czasu na pierdoły, idę do pracy, nie zawracaj mi głowy, wypierdalaj!"

Misiek- zaprosił ją do Anglii, żeby mogła zacząć z mężem i dzieckiem żyć naprawdę. Żywi ją od dwóch miesięcy, niczego nie oczekuje, pomaga, jest na każde zawołanie.

Ja- załatwiłam jej pracę, spałam w trójkę na jednym tapczanie, kupiłam jej kurtkę, bo było zimno. Płaciłam za jedzenie, słodycze, fanaberie bez których mogła się obyć. Pakowałam jej plecak, woziłam zakupy na kierownicy, mówiłam jak ma się ubrać, co ma zjeść.

Truffel- Wzięła ją do swojego pokoju nie żądając dopłaty do czynszu, oddała pół komputera i 90% wolnego czasu na pogaduszki o dupie Maryni (choć wiem jak bardzo tego nienawidzi). Płaciła za jedzenie, fundowała (daj spokój, kiedyś się rozliczymy). Rezygnowała ze swojej muzyki, żeby słuchać Tokyo Hotel. Tokyo Hotel!!

Rob- Zakochał się i to wystarczyło. Pomagał jej się zaaklimatyzować, łaził po mieście w poszukiwaniu pracy, robił herbaty, rozbawiał, rozmawiał, pocieszał. Nieświadomy, że po polsku określała go mianem: "Buraka, nieudacznika, syfiarza, egoisty, bawidamka, płytkiego jak kałuża kretyna".

Więc przedwczoraj wyskoczył mi bezpiecznik.

Najpierw poszłam do Truffla, żeby wszystko wykrzyczeć i okazało się, że ona myśli tak samo. Potem przyszedł Misiek i ostrzegłam, że jeżeli usłyszę jeszcze jedno pysknięcie- przypieprzę jej tak jak stoi. Udało się, bo poszła hrabinia spać.

Ale na drugi dzień nie wytrzymałam. Spałam sobie na sofie w salonie i nagle obudził mnie Ton. Żeby spierdalał, bo ona nie ma czasu na pierdoły i żeby zszedł jej z oczu. Weszłam do kuchni i już było za późno na powstrzymywanie się. Wywrzeszczałam wszystko co miałam na wątrobie. O Miśku, o sobie, Trufflu i Robie. O egoizmie, bezczelności i niewdzięczności. Powiedziałam, że w MOIM domu nie życzę sobie szmacenia kogokolwiek bo to jest dom do którego uciekliśmy, żeby nie musieć już więcej uczestniczyć w "domowych, niedzielnych obiadach". Ze głosząc postulat, że ona się wyprowadza bo nie zniesie więcej swojego brata ciągnie za sobą rezygnację z naszych wspólnych planów, tylko dlatego, że w tym tygodniu ma ochotę pouwieszać się na nim a przyszłym na Robku. Ze tłamsi ludzi, obgaduje, ocenia, podjudza i manipuluje. I że wszyscy to widzą. Próbowała rozdzielić mnie i Truffla, potem Mnie i Miśka- "Rzuć go, po co ci on? Niech sobie wraca do mamuśki! Bo tylko na tyle zasługuje!" NIE ZYCZE SOBIE TEGO W MOIM DOMU!

Stała, na początku próbowała się bronić, potem już milczała. Wyszła do pracy bez słowa. Misiek był ze mnie dumny, zadzwonił do ich Mamy, żeby opowiedzieć co się stało. Moja niedoszła Teściowa pogratulowała mi i pożałowała, że nie sprzedałam jej liścia. Truffel uścisnęła mi łapkę. Płakałam. A potem poszłam do Roba. Długo rozmawialiśmy, opowiedziałam o tym czego nie wie a co powinien wiedzieć. Był zmartwiony ale stwierdził, że co go nie zabiło to ma gdzieś. :)

Dziś, dwa dni po awanturze, wszystko wraca do normy. Wczoraj, kiedy wszyscy wróciliśmy do domu- przeprosiła nas, za zachowanie, za to co mówiła i o kim. Motywy i powody były mętne, żadna z nas nie uwierzyła w obiecanki poprawy. Teraz przynajmniej nie żywimy żmiji, wiemy na co ją stać i jaka jest naprawdę.

Koniec.


W końcu przyszła do mnie Lara Parker, bo przypomniało się jej o mojej rozmowie kwalifikacyjnej. Umówiłyśmy się na przyszły tydzień. Już zaczynałam sądzić, że mnie bezczelnie ignoruje bo stanowisko dostała Rachela. Uf.


Sama piekę chleb. Kupuję mieszankę mąki z drożdżami, dodaje orzechów, sezamu, maku, cebuli, miącham, krecę, klepię, garuję...i mamy prawdziwy chlebek i bułki. Pełne w środku i chrupkie na zewątrz. Tak jak w domu, bo te lokalne bułki "Flour Agent Treatment" sa niejadalne na dłuższą metę. A po wypłacie kupuję maszynę do pieczenia chleba.


DBH odpadł ze stawki. Natomiast AY trzyma sztafetę daleko w tyle. :D

sobota, 21 października 2006
I jeszcze...

Nadal, mimo tego, że mamy "salon" nie moge robić tego co chcę. Nie mogę słuchac muzyki na jaka mam ochotę bo taka czy siaka. Cranberries irytują Truffla, Rammstein irytuje Ewelinę, Wumpscut denerwuje Miśka. A ja wysłuchuje godzinami Listy Przebojów Cotfield House: "A mury runą", "To już jest koniec" i " Przewróciło się niech leży". W kółko, w kuchni, do zażygania leci to samo. I runą te mury i runą i pogrzebią liścia na głowie. Jakiś blady  koszmar.

Utyskiwań ciąg dalszy

W trzy, cztery, pięć dni po przeprowadzce nadal mieszkaliśmy na kartonach. Bo jak Kokain nie zarządzi to nie ma pracy. A jak Kokain zarządzi, to zaczyna się czepianie i burczenie. Olewam to, choć wkurwia mnie, że jest tu tak pięknie a im nie przeszkadzają śmieci w korytarzu, papiery i kartony w przedpokoju, opalcowane ściany, woda na podłodze w łazience, okruchy na stole, makaron w zlewie. Ostatnio czerwone majtki gnijące w misce z wodą w łazience i pieluchy, zużyte oczywiście pośmierdujące w kartonie służącym za kubeł na śmieci.

A Ewelina bruździ ile się da. To prawda co mówił o niej Misiek, tylko wtedy to była czysta teoria a teraz mam praktykę. „Nie umiem, nie wiem, nie potrafię, Andrzej to za mnie robi…” i tak w kółko. Z tego wynika prosta zależność: „Zrób za mnie, zapakuj, otwórz, kup, pokaż…” Aż dziwię się, że nie muszę za nią się ubierać, chociaz i to nie jest do końca nieprawdziwe, bo za każdym razem jak wychodzimy z domu ona przychodzi się nas pytać jak się ma ubrać, bo zimno a może ciepło, a może będzie padać?

Nawet z jedzeniem jest problem. Jakoś dawała sobie świetnie radę jako matka i żona a tu nagle zapomniała jak się gotuje i wmawia nam, że ona nie gotuje bo nie ma najmniejszego pojęcia co się robi z tym co mamy w szafkach: fasolą, makaronem, sosami, przyprawami a w lodówce z mięsem, paluszkami rybnymi i takimi tam. W pierwszym miesiącu gotowała zupy twierdząc, że koniecznie musi być zupa (jak to przystało na normalny dom), ale teraz już się jej nie chce i o zupie z gara można zapomnieć. Przerzuciła się natomiast na zupy w puszce ale nie jest w stanie wybrać na którą ma ochotę: grzybową czy kurczakowi i truje i stoi i czyta naklejki przy półce całymi godzinami. Na koniec stwierdza, wezmę ta, jak mi nie zasmakuje, zjem twoją. :D!!

Zepsuł jej się rower. Z konieczności pojechała raz na moim- po powrocie stwierdziła, że SIĘ ZAMIENIA bo mój rower jest super i w ogóle jej to Badziew. Zbyłam milczeniem. Na drugi dzień pojechała na rowerze Miśka- oczywiście po powrocie stwierdziła, że takiego świetnego roweru nie ma drugiego pod Słońcem i ona go Miśkowi zabiera. Fuknęłam jakieś tam Taaaa… pod nosem i uciszyłam zapędy.

Tymczasem Miśka rower ma za wysoko siodełko i dupka królewnę zabolała, więc po pracy pyta mnie:

-Chcesz wracać na Miśka rowerze do domu?

-Nie.

-Szkoda, bo ma za wysoko siodełko i dupę sobie obtarłam.

Czyli, że ja mogę jej oddać swój rower a sama obcierać tyłek do woli. Bo mój tyłek jest z teflonu.

I ten Tonik Głosu. „ A kupis mi tio? Ciooooo?”. DO tej pory nie miałam wyjścia, chociaż zadłużyła Miśka u mnie na 140 funtów ale teraz ma własne pieniądze i  może z nimi zrobić co chce ale i tak każdy głupi zakup tłumaczy głupimi powodami z użyciem Toniku. Muszę mieć dodatkową parę butów „bo nigdy nic nie wiadomo”. Muszę mieć zegarek, bo „spóźnię się na przerwę”. Muszę mieć taką kurtkę przeciwdeszczową jak ty „a tak w ogóle to jest fajuśna i może jej już nie chcesz, bo by mię przydała, jest taka fajna…”. No i plecak też muszę kupić. A nie masz dwóch par rajstop? Taka ta czapka fajna, ciepła a ja nie mam żadnej, widzisz…

K U R W A !!!!

Ale macie fajne okna, a u mnie w pokoju jest taaakie małe, macie szafę a ja mam taką starą, brzydką. Mój komputer tak nie robi, i nie czyta CD Romów, ja nie mam takiej fajnej muzyczki, jak ją mogę mieć?

I kwestia Robaszona. Ja nie wnikam do czego doszło a do czego nie. Nie obchodzi mnie, chociaż tłumaczenie, że ma infekcję bo Robaszon nie myje wanny jest dość dziecinna. Ma infekcję bo Robaszona pcha łapy tam gdzie nie trzeba, ot co. Nie obchodzi mnie strona moralna, każdy ma moralność tam gdzie chce. Ale nie podjudzaj innych, próbując nam wmówić, że Robaszon to chuj, debil, brzydal, samolub i idiota a potem nie leź z nim na 100 papierosów dziennie i nie wpuszczaj go do betów. Tak samo jak mnie podjudza na Elizę. Przez dwadzieścia lat naszej znajomości nie pokłóciłyśmy się tyle razy ile w ciągu ostatniego 1,5 miesiąca. O pierdułki ale czuć wyraźnie, że uwiera nas coś w bok. Ja nawet nie chcę wiedzieć co ona mówi na mnie do Elizy. Bo skoro judzi na wszystkich wokół, nie wierzę, że mi się udaje. Ze nie wynosi śmieci, że nie zmywa, że nie sprząta…A ja mam wszystko głęboko w kloace.

Klęka mi psycha

Tyle rzeczy wokoło, że zacznę od początku...

czyli od decyzji, że wprowadzamy się do dworzyszcza. Gdyby nie armagedonowa awantura nadal tkwilibyśmy na Harlech Close w klaustrofobicznym ścisku, z Johnem i jego frytkami. A więc zrobiłam awanturę, kazałam zadecydować, i to już proszę! I wtedy Robaszon zgodził się na najmniejszy pokoik z małym okienkiem. Wszyscy to słyszeli, każdy potwierdził, jeszcze zdziwiliśmy się, że bierze taki mały pokoiczek. Nie pytaliśmy o szczegóły, tym bardziej, że powiedział, że kiedy tylko przyjedzie Andrzej z Konradkiem, wyprowadzi się bo nie będzie chciał mieszkać z Andrzejem pokój w pokój.

Przyszedł czas na kompletowanie kartonów i planowanie przeprowadzki. Mój plan był prosty- zdobyć kartony z T., popakować co się da i czego nie planujemy użyć w ostatnich dwóch tygodniach i z głowy. Plan piękny, gorzej z pomocą przy realizacji. Kokainka popytała, zdobyła pudełka, transport pudełek...a koleżankom nawet nie chciało sie owych pudełek znieść na bazę. Bo po co? Jakieś pudełka, nie wiadomo na co... Rachela podrzuciała nam kartoniki prosto pod drzwi. Wtedy usłyszałam od Truffla, że ona nie będzie się pakować na 2 tygodnie przed przeprowadzką...bo JEJ pakowanie zajmie jej 3 godziny w ostatni dzień. JEJ. Pominęła tym samym kuchnię, łazienkę, szafki z żarciem, lodówkę itp.

Zamiast pomocy, przed tydzień wysłuchiwałam utyskiwań: "Gdzie Maggi, nie zjem zupy bez Maggi!", na każde pytanie gdzie jest Coś, usłyszeć można było jedynie: pewnie Kokain już spakowała. Robaszon ostrzegł nawet E., żeby przypadkiem nie stała w miejscu zbyt długo, bo ją spakuję!

Jak powiedziała Truffel tak też się stało. Zaczęła się pakować w ostatni dzień, pomijając wszystko co "nie było jej". Czyli, weszła do łazienki, wyjęła szczoteczkę i pastę ze zbiorowej doniczki, zostawiając resztę, choć mogła to spakować. Martwcie się sami.

Robek zorganizował transport. Załatwiłam dwa telefony kontaktowe do ludzi, którzy zajmują sie przewozem ale za dużo by wymagać. W końcu jakaś psiapsóła Robka z Bicester zgodziła się nas przewieźć...i nie pojawiła się. Siedzimy więc na pudłach, Alex co chwila wpada z nowymi chętnymi na Harlech Close a my z godziny na godzinę zaczynamy być bezdomni. W końcu, jakiś chłopak, znajomy potencjalnych kandydatów zadzwonił do znajomego znajomego i załatwił nam vana...na 17:00. :/ Okazał sie nim Maciek, prawnik, który parę tygodni temu utarł nosa Magdzie i Spółce. :D

Tymczasem Robek poradził sobie sam. Zadzwonił do Di, ta przyjechała swoim sportowym, czerwonym autkiem, zapakowała Robka, pudełka i pojechali w pzidu. Nie zapytał co i jak, czy mamy transport, jak obie poradzimy, czy może coś zabrać ze sobą. Po prostu pojechał. Za darmo oczywiście, chyba, że Di zażądała zapłaty w naturze.

Jeździliśmy tam i z powrotem do 24:00. W międzyczasie Misiek załatwił transport Okręgową ciężarówką County Coucil za 20 funtów i pojechały z nami stoły, łóżko, szafa, krzesła itp. Kiedy zrzuciliśmy wszystko na Cotfield Farm okazało się, że dziewuszki same musiały wnosić wszystko na piętro, bo Robek nie miał najmniejszego zamiaru pomóc w niczym. Kiedy one targały szafę na piętro, on mijał je zniecierpliwiony ze szklankami w ręku. Kiedy w końcu zatargały wszystko na miejsce a na podwórku została tylko szafa, przyjechaliśmy rowerami w ostatnim kursie...okazało się, że drzwi do budynku sa zamknięte, bo Rob...rozpakował się i pojechał do miasta z Di. A więc zostało nam siedzieć na położonej na podjeździe szafie i czekać kiedy Książe postanowi wrócić do domu.

Wtedy wyszedł z worka gwóźdź wieczoru. Robek, wbrew obietnicom i ustaleniom zajął pokój Truffla, mając nadzieję, że Truffel weźmie po cichutku klitkę. Nie spytał o nic, nie poprosił o przemyślenie. Wpadł i zaklepał grządkę. Potem wpadł do kuchni i zaczął rozgrzebywać nasze kartony w poszukiwaniu środków czystości za które my zapłaciłyśmy. Rozpieprzył kartony, znalazł Nasze Szmatki i nasze Płyny i poleciał myć półki, zostawiając wszystko na podłodze.

1. Nie załatwił transportu

2. Przeprowadził się sam, zostawiając nasz z kosztami

3. Zajął nie swój pokój

4. Dorwał się do naszych rzeczy bez pytania

5. Podpisał kontrakt nie pytając o ogrzewanie, klucze, pralkę, nadmiar mebli

6. Zostawił nas na podwórku o 01:30 w nocy.

Tak w skrócie.

czwartek, 21 września 2006
Moje obrazy

Wprowadzamy się do dworzyszcza. Niestety opieszałość i bezmyślność Roba doprowadziła do tego, że nie zamieszakmy w wymarzonym flacie, ale za to będę mieszkać w PoolRoomie. :)

Obrazy tymczasem:

1


2


3

niedziela, 17 września 2006
Jest taki dom....

Minął miesiąc tej socjalistycznej nasiadówki. Ewelinę, dzięki Bogu pod swoje skrzydła wzięła Truffel, i dobrze, bo od jej nawijki marszczyły mi się skarpetki. Mam ochotę- schodzę do kuchni i wystawiam się na porażający słowotok. Nie mam- grzebię w kompie i udaję, że chcę spać.

Tymczasem Rob wsiąkł. Nie tylko w nasze życie ale przede wszystkim w życie Eweliny. To jest jakiś niezwykły fenomen, którego na razie nie próbuję wyjaśnić. Albo angielska wilgoć albo jakieś żyły wodne- wszyscy włażą wszystkim do betów. Jak na razie przeszuflowana już raz ekipa T. zamieniła mieszkania zmieniając jednocześnie konfigurację ale porzuceń mężów się nie spodziewałam. A tu bracie, niespodzianka. Co prawda w wypadku K., ja się w ogóle dziwię, że dziewczyna wzięła sobie To Coś na męża, ale zamieniać na emigracji na To Coś II? Tymczasem wynajmują wspólny pokój i kultywują nierząd. :) Była towarzyszka Tego Czegoś II, zamieniała dom na dom z A. w środku, chociaż A. ma "dziewczynę w Polsce, którą bardzo kocha". A reszta...sprowadza sobie foczki z Polski, tak na jakiś czas, żeby nie uschnąć. Z tęsknoty chyba.

No a Ewelina...W pierwszym tygodniu pobytu w tym pięknym, nierządnym kraju słuchałam peanów jako to jej Mąż zaradny jest, i silny i jaki pomysłowy, jak Adam Słodowy. I dziecko przewinie i drogi buduje, przetargami się zajmuje...cud miód- ino pozazdrościć. A potem pojawił się Robaszon. Chude to to, brzydkie, miętkie, metro seksualne aż zęby cierpną. Głupie, z tendencją do analfabetyzmu i ignoranctwa. Ale Mąż poszedł w odstawkę. W kolejnym więc tygodniu okazało się, że Mąż ma bardzo chwiejną psychikę, jest nieśmiały, zdziczały, ma stany katatoniczne, boi się ludzi, świata, zajmuje się jedynie oglądaniem telewizji i czytaniem gazety. I to w konkretnych godzinach, dzięki czemu życie ich dziecka jest "poukładane i bezpieczne". Z tą katatonią...zawiozła go raz na pogotowie, żeby go dobudzili ale okazało się, że go uśpili. I dobrze, jak sądzę, bo prawdopodobnie sen był jedyną ucieczką od tego porytego, poukładanego życia na maleńkiej wioseczce z 80 letnią Babcią za ścianą i jazgoczącą Żonką. A więc Mąż stał się nagle bezwładną kukła a Rob spontanicznym, śmiesznym, śpieszącym z pomocą przystojnym mężczyzną do wzięcia.

I rzeczywiście, przestał łapać okazje, siedzi nam na głowie i truje. Miło bo miło ale bez przesady. Siedzi, nagle zrywa się, wybiega z pokoju, po chwili wraca przebrany w strój do żeglugi (z pianki), który wydatnie prezentuje jego walory, bynajmniej nie mięśniowe. /paw/. Albo wytacza na podłogę materac z gumy z wielkimi przyciskami, wnosi do nas swój telewizor, podłącza ustrojstwo i prezentuje nam jak się tańczy do "Uuups I did it again". Taka maszynka do machania nogami, podającą kroki do muzyki. Oprócz tego Rob biega po ulicach, kupuje CAŁE nowe ubranie, kiedy zdarzy się, że mamy iść po pracy coś załatwić do centrum, gigla nas i "psychologizuje". Brrr.

A Ewelina, niepomna problemów domowych, zapada się coraz głębiej w otchłań prowadzącą do kociołka nierządu. :D Kiedy Misiek, zabrał siostrę za dupę na "długi spacer" okazało się, że Rob zakochał się okrutnie, zaproponował jej związek, zostawienie Męża katatonika i poukładanego dziecka i co...skakanie po macie do tańczenia? Oczywiście, jak należy sie spodziewać Ewelina wyśmiała pomysł i zamydliła Misiowi oczy historią, że chce to załatwić po swojemu, żeby Robiboka nie skrzywdzić i takie tam. Czyli, że da mu cukierka zamiast całej paczki. Ja tam nie wnikam jak duża jest ta paczka i ile w niej cukierków, ale trudno to stwierdzić, kiedy zamykają się w jego pokoju, gaszą światło i grają w bierki. Dziś nawet byłam sprawcą "Efektu Odskoczenia", kiedy śpiewając na cały głos (na zasadzie "Czy jest tam ktoś żywy?") weszłam sobie beztrosko do kuchni.

A kiedy już wyrzut sumienia sięgnie zenitu Ewelina siada na schodach i uderza w płacz, tłumacząc się niemożnością zdecydowania czy chce tu zostać czy wracać, ble ple ble....Biedne dziewczę uzasadnia się średnio strawnymi historiami o tym jak to Mąż nie będzie chciał porzucić swojego katatonicznego życia i tu przyjechać, więc zmarnuje swoje (i jej) szanse, że się poświęciła dla dziecka, nic nie ma z życia i tak dalej. Niby chwyta za serce ale jakoś mi niedobrze kiedy słucham jak mówi, że nie dzwoni do domu często, żeby Mężowi nie powiedzieć jaka jest tu szczęśliwa. A nuż spytałby dlaczego?

Tymczasem przypominam sobie siebie sprzed roku....i po podsumowaniu wychodzę na plus. Ja przynajmniej byłam naprawdę zakochana (może nadal jestem, nie wiem) ale w całym tym zamieszaniu nie było chwili, żebym nie myślała jak bardzo mogę skrzywdzić Miśka. Miewałam autentyczne mdłości, płakałam po nocach i chudłam w oczach, tak mnie ten ciężar przytłaczał. A tak naprawdę nie zrobiliśmy NIC, co mogłoby zostać zaliczone jako zdradę. NIC. Chyba głupia byłam. :D

***

John znowu zniknął. Tym razem zamknął okno w swoim pokoju bo podczas jego poprzedniej nieobecności ktoś wszedł mu na włości i zakosił wędki za 2000Ł i wszystkie filmy. Zostawił wieżę Technicsa, telewizor, Play Station. I dobrze mu tak.

W ferworze zauważyliśmy jak nam dobrze bez Johna i jak nam ciasno na kupie. I postanowiliśmy w końcu zabrać się na poszukiwania domu. Nie daleko szukać, zdarzył się Cud. Bo dla mnie to Cud. Ale od początku:

Dwa miesiące temu Robaszon opowiadał nam o jakimś domu, w którym mieszka znajoma, który określił jako "HUGE". Wyśmiałam go, bo cebula określana tu mianem large ma rozmiar skarłowaciałego wyrostka przyglebowego. Upierał się przy swoim, opowiadając o trzech piętrach, trzech czy czterech kuchniach, wielkich pokojach, oknach i takich tam przyległościach.

Kiedy zadzwonił do właściciela z ogłoszenia i dowiedział się, że chcemy obejrzeć dom, okazało się że stać nas na niego oraz...że to ten właśnie dom z włożonej między bajki opowieści. Poszliśmy więc. Dotarliśmy do B.Cross, potem minęliśmy kościół, potem szpital H., dalej szliśmy. Robaszon opowiadał o duchach, piwnicy i jakimś morderstwie a my szliśmy już...30 minut. W końcu wkręcone z Trufflem do stanu nieprzytomności leciałyśmy jak na skrzydłach bo Robek twierdził, że to tuż tuż za rogiem.

A Ewelina w połowie drogi odstawiła teatrzyk pt. "Juz nie mogę, czyli umieram, wracam, nie bierzemy tego domu, czyli zaraz schodzę, trzymajcie mnie.". Wściekłam się aż zlasowało mi się wapno w kościach- ale ciii...Ewelinę łatwo rozpłakać. Wlokąc się na końcu, biadoliła, że daleko...a my, hi hi, dalej szliśmy. W końcu, za poboczem drogi, w cieniu farmy i magazynu, za drzewem...ukazał się Mój Sen. Dom stuletni, dwupiętrowy, pobudowany z szarego wapienia, z naczółkami, wielodzielnymi oknami PRZEOGROMY DWOREK!! Okna na parterze sięgają od sufitu do podłogi, pokoje za szybą wielkości całego naszego domu. Dom stoi na niewielkim wzgórzu, reszta to trawnik wiecznie zielony, drzewa i....Anglia. Pola, pola, pola.

A w tle głos: "Taki wielki?" :/

Weszliśmy do środka, skradając się na paluszkach. Hall nieduży, prawie hotelowy, pralnia, łazienka i dolne mieszkanie. Mieszkanie, czyli pięciopokojowy + łazienka + kuchnia apartament z oknami na pola. Na piętrze dwa mieszkania- cztero- i pięciopokojowe, z czego jedno ma dwie kuchnie.

A w tle głos: "Jedna kuchnia z oknami, ale druga...phi? Ślepa!"

Pokoje jasne, z wykuszami otoczonymi trzema oknami, dywan, miejsce pokominkowe. Żadne prostokąty- pokoje trójkątne lub wielokątne, niektóre tak duże, że wyglądały jak sypialnie w sierocińcu! Salon, szczególnie jeden przyprawił mnie o skurcz serca. Długi prostokąt, jak świetlica, za szczycie pokoju wprawione w ściany półki z wielkim lustrem- wiktoriańskie, stół do bilarda, z 10 łóżek i...okna ciągnące się po obu stronach salonu, obrośnięte winoroślą.

A w tle głos:" Śmierdzi tu".

Pokoje suche, ciepłe bo południowe, niezamieszkane od kilku miesięcy. Otworzyliśmy okna, żeby sprawdzić jak chodzą, czy się domykają. Śmieszny myk, bzik zabezpieczający przez spadnięciem okna na głowę wyglądającego spowodował, że nie mogliśmy go zamknąć.

W tle:" Boże, okno się nie zamyka!!!"

Czułam, że wyskoczę z własnej skóry i dokonam mordu a potem zjem czyjś mózg. Możemy mieszkać w dworku, mieć do dyspozycji co najmniej dwadzieścia pokoi (moja pracownia i słuchadło muzyczne!!) a tu się okazuje, że ona staje okoniem bo nie będzie tu parku dla jej dziecka!

Ja rozumiem, chce sprowadzić Katatonika z dzieckiem. Ale ja mam też swoje życie i ten dom jest moim marzeniem! Misiek zakochał się od pierwszego wrażenia, Truffel posikała się w gaciorki 4 razy, Rob stwierdził, że jedynym przeciwwskazaniem jest odległość ale to się da przeskoczyć a ta zrobiła focha, spuszczając łeb i bąkając coś niewyraźnie. Mam dość tłumaczenia, że Anglia nie gryzie i mam zamiar tu zostać. Mam dość dzielenia życia na kawałki, w zależności od tego kto czego ode mnie chce. CHCĘ MIESZKAĆ W DOMU W KTÓRYM STRASZY! Na podwórku stoi pianino a po korytarzach idzie echo. I stać nas na nie.

Czyli szczęście w nieszczęściu. A najlepsze jest to, że śnił mi się ten dom. Podobnie jak Hala dworca w B. Kiedy tu przyjechaliśmy. Śniło mi się, że chodziłam z Trufflem i Mamą po jakim ogromnie wielkim domu z dziesiątkami pokoi, białymi ścianami, drewnianymi, ciężkimi drzwiami, zastanawiając się, który pokój na co przeznaczymy. To był długi, silny sen, który zapamiętałam mimo tego, że od dawna rzadko mi się to zdarza. Nazywa się Cotsfield House i jest taki duży, że nie ma numeru :)

Chcę tam mieszkać. Mogę jeździć rowerem nawet godzinę ale chcę tam mieszkać. I będę. Bo na pięć głosów mamy 4,5.

Uffff. napisałam się aż zgłodniałam. Kierunek-> kuchnia.

czwartek, 24 sierpnia 2006
Kołomyja

Jutro wraca Zu. I dobrze, bo usycha mi IQ. Będziemy oglądać R+ do zarzygania aż nam śluz pójdzie nosem i zaczniemy zwijać się w agonicznych cierpieniach. A tym czasem znowu zrobi się ścisk i tłum. Nie pośpię, nie poczytam, nie posiedzę przed kompem. Zaczynam dochodzić do wniosku, że jednak jestem typem samotnika, który ponad wszystko ceni sobie święty spokój. Nawiozłam sobie tyle fajnych książek ale przeczytałam jedną- w dwa tygodnie, bo tyle mniej więcej czasu zajmuje przeczytanie 200 stron w warunkach w jakich się  ostatnio znaleźliśmy. Na łóżku dwie osoby, na podłodze trzecia, w pokojach obok dwie kolejne osoby z których jedna jest tak wszechobecna i męcząca, że juz planuję co zrobię z tym pogiętym nożem, co go nam John zepsuł.

Rob wsiąkł w nasze życie dokumentnie. Ogląda z nami filmy, gotuje, robi placka, o którym nawet nie wie, że nazywa się Murzynkiem. Uczy się polskiego, a przynajmniej sie stara, bo nie chce poznać podstaw a nie rozumie dlaczego nie potrafi zapamiętać zdania: "Będę rządzić światem". Siedzi całymi godzinami, plepla- dość miło ale ile można na miłość Boską? Jak już leżę w łóżku, mam zapaloną lampkę i książkę w ręku to chyba jest to dość bezpośrednia informacja, że czas zbierać manaty i iść do siebie? Nie, nie tutaj. To znaczy, że można się rozsiąć i grzać krzesło, kiedy mieszkaniec pokoju ma na 6:00 rano do pracy.

Przy okazji, odkryliśmy Straszną Prawdę o naszym współlokatorze. W ramach prac dla BAPu miałam zaprojektować plakat. Napisałam tekst, przetłumaczyłam i pozostało jedynie dać go Robiszonowi dla sprawdzenia gramatyki i ortografów. Wnioski były porażające:

*Rob nie umie pisać- skrobie jak kura pazurem koślawce, z których każda litera wygląda inaczej i nie jest podobna do niczego co widziało ludzkie oko;

*Rob nie wie gdzie wstawić the, an, a itp, chociaż to na Boga jego ojczysty język!

*Rob nie potrafi zmusić się do wysiłku umysłowego żeby samemu sklecic cokolwiek sensownego oprócz: "SEX- teraz kiedy zwróciliśmy Waszą uwagę zapraszamy na...". Imbecyl. Mam powiesić plakat w kościołach i szkołach, który będzie z dala przyciągał wzrok magicznym słowem XX wieku? Kiedy wytłumaczyłam mu dlaczego nie może zawierać słowa Sex- nie zrozumiał. Odpowiedział tylko: no?? Brak komentarza.

Okazało się więc, że posługujemy się angielskim lepiej niż oni sami. Trauma.

Na razie zbieram siły na kąpiel i zrobienie czegoś sensownego z wolnym dniem. Zaczynam znowu chować się w pokoju, uciekając przed obezwładniającym gadulstwem mojej przyszłej szwagierki. Mój mózg krzyczy rozrywany nadmiarem informacji. Mam ochotę posiedzieć w ogródku albo na trawniku, poczytać i posłuchac muzyki ale nie- nie mamy ogródka (klepiska nieliczę), nie ma tu trawników a poza tym, po co słuchac muzyki jak można tak owocnie potrajkotać? W tle porykujący sobie ponuro Wumpscut nijak nie pasuje do rozmów o psychice męża i codziennych przyzwyczajeniach dziecka.

John zniknął dwa tygodnie temu i słuch po nim zaginął. Tyle z tego, że czuję się swobodniej i nie wpienia mnie, że w czajniku jest woda z kranu a nie z filtra. No i znalazłam dziś, w górnym piekarniku formę do opiekania zanurzoną w zjełczałym i śmierdzącym chemią tłuszczu. Kiedy znowu wszyscy się zjadą utoniemy w tonie śmieci, papierów i butelek a kuchnia będzie wyglądała jak miejsce zbrodni na chwilę przed przyjazdem Policji.

W pracy odmiana. Prawdopodobnie Colin wziął sprawy w swoje ręce i szepnął Susan, że nie mam ani siły, ani ochoty targać trajów w imię szkolenia. Cały tydzień więc, tray'e targała Sam. I pax. Puściły mnie na kilka zebrań i kolejny tydzień upłynął na niczym konkretnym.

DBH jest irytujący bardziej niż zwykle, może dlatego, że nie mogę się swobodnie lampić. Jak chcesz pójść do muzeum, to idziesz. Stajesz przed Monetem i lampisz się ile chcesz. Aż wywali cię babcia salowa. Z DBH jakoś to nie działa. :) So be it.

Czas odkręcić wodę i przemknąć do łazienki zanim mnie zdybią w korytarzyku 150x 50 cm. A potem sobie pomaluję. A przynajmniej mam taka nadzieję.

czwartek, 17 sierpnia 2006
A miało byc tak pięknie
Po raz pierwszy od wielu miesięcy zostałam w domu sama. Moge sobie puścić Live aus Berlin, otworzyc okno na oścież, siedzieć do woli przy komputerze albo poczytać bez nieustannego przerywania. Tylko tyle, ze jestem przeziębiona i: LAB za głośny na moją bolącą główkę, okna nie otworzę bo się zaprawię, przy kompie nie posiedzę bo bolą mnie oczy i huczy w uszach, czyli również nie poczytam bo kłuje mnie w gałkach...:( Pech w pechu.
Jajeczna goźba

Przeziębiona w środku sierpnia. Zła, rozpaćkana odrobinkę.

Calutki dzień robiłam "turnarounda". Puknęłam rano  jedno zamówienie, w tym czasie Rachel znudziło się przerzucanie trayów i było po pracy. Przy czym wk***a mnie nieziemsko. Jesteś w ciąży? Powiedz uczciwie- nie mogę dźwigać, to niebezpieczne, podźwiagaj trochę, podeśle ci zmiennika. Ale po co? O ciąży wiem z nieoficjalnego Centrum Plotki imienia Susan Powell, więc całkiem oficjalnie, nie ma powodu dla którego Rachel nie miałaby podzielic się ze mna tym wdzięcznym zajęciem. A tak stoi całymi dniami przy biurku, gmera myszką, przekłada papiurki a Susan znika na 3 godziny. A Kokain, jak ten jelonek- bum bum bum! aż w końcu potłukę komuś jajka, z czystej złośliwości.

Colin każe mi poinformowac Susan o moim niezadowoleniu, ale co on tam wie. Jak go uwielbiam, bo świetny z niego czterdziestoośmiolatek, tak nic nie wie o polskiech nawykach pracowniczych. Zaden zdroworozsądkowy murzynek nie powie swojemu szefowi, że go bolą plery i nogi i nie będzie robił tego, co powienien robić Arni Szwarceneger, nawet w ramach szkolenia na managera za grube pieniądze...

Ale coż. Popołudnie spędzone w łózku ze Zdzisławem Beksińskim. Nie, nie, żadna nekrofilia ani projekcje wyobrażeniowe. "BEX@" wciąga jak odkurzacz. Lepszej książki w życiu nie czytałam a przede mną jeszcze połowa...

sobota, 12 sierpnia 2006
...

Pierwszy dzień okazał się o wiele przyjemniejszy niż myślałam. Mało zamówień, zero pośpiechu czyli zmiana "na ściemniacza". Zaplanowałam zakupy, pyszny obiadek, wpakowałam wszystko do koszyczka...i okazało się, że nie zabrałam z domu karty. :/ Goodbye frankfurterki i nadziewany kurczaczku. Zegnajcie orzeszki w karmelu i egzotyczna przyprawo do ziemniaków...Wr.

A tymczasem: w domu nie ma obiadu, bo współlokatorzy wybyli nie zostawiając nawet marnej karteluszki, kiedy wrócą. A więc niech tak będzie.

Na drzwiach Zu pokuju wisi żarówiasto krzykliwa kartka przypominająca, ze w pokoju mieszka szczur, który od czasu do czasu bywa głodny. Jeśli mam karmić Szczurzycę tak często jak Truffel podlewała moje kwiatki, to gryzonia czekają naprawdę ciężkie dwa tygodnie. Tylko tyle, że Szczur nie zżółknie i nie spuści od tego futra.

Zawiesiłam w pokoju firankę. We wzorek z lisci miłorzębu. Sama wybrałam, sama kupiłam, zrobiłam zaszywkę i powiesiłam na sznurku po karniszem. Z braku dwóch rządków żabek niestety. W trakcie zaszywania zakładki, na początku całkiem ambitnie założyłam ładny ścieg i takie tam. Potem przyśpieszyłam rozciągając ów szew, później pokombinowałam z "drabinką" az stanęło na ordynarnej fastrydze. A kiedy skończyłam...zauważyłam, że firanka, jak ten kij, ma dwa końce i strzępi się również i tam. Ale to szycie odkładam na przyszły tydzień.

Idę jeść. Obiad obiadem ale natura wzywa. Stanie na jajecznicy. Fuj.

Po wakacjach
Urlop, urlop i po przyjemności. Stoję w łazience i zastanawiam się czy to już dziś czy może mam jeszcze jeden czy dwa dni wolne. Nagle odechciało mi sie awansów, zebrań i wędrowania po sklepie z papierami w ręku. Chcę, żeby nikt mi parówy nie zawracał. Chcę marnować czas, bumelować, wylegiwać i wysiadywać. Mogę nawet jajko.

Jajko wysiedzę, tanio. Kokain.
niedziela, 16 lipca 2006
Choćbym jakąś lalę miała....

...to bym jej nóżki powyrywała...Nuuuudzę się.....

Okropecznie. Ale nie tak jak Giertych w Sejmie, tylko tak na serio. Przez to życie wewnętrzne. Mój mózg obumiera, próchnieje i kwasi się od zalewu toksyn bezczynności. Jak to tak, żeby człowieka po 19 latach nauki od źródełka nałogu odstawić? Przeczytałam co miałam tu do przeczytania i w odruchu samoobronnym przeczytałam dziś tekst po angielsku traktujący o tym, jakie rodzaje pasożytów mają wieloryby. Boshhhee....Potem o balecie, angielskich skrzypkach XIX wieku i Poetach Jezior. No nudzę się.

A zanim zajęłam się wielorybami, godzinę z hakiem wpatrywałam się w zegarek i podsłuchiwałam jak cyka. Potem lampiłam się w półkę na której stoi moja książeczka z pomysłami na opowiadania, na wypadek gdyby zgubiła mi się muza. Ale nie chciało mi się do niej wstać.

Tymczasem Robiszon wygrał wyścig do wanny. Zu odkręciła sobie wodę, nalała 1/3 wanny ale stwierdziła, że za chłodna i trza na cieplejszą poczekać. Zeszła do kuchni po piciu i słyszy jak się jej ktoś do wody przyssał. Wraca do łazienki a tam Robiszon w szlafroczku-pasiaku dolewa sobie wody do wanienki. Zrugała go, cool'nął, okey'nął i zniknłą w pokoju. Ale wykąpac sie nie zdążyła bo 30 minut później ponowił skok na na wpół pustą wannę i zabrudził jej tą zimną wodę. Dziwię się, że Robiszon jeszcze żyje.

Gościu zamęcza mnie swoimi opowieściami z gatunku "Pogonie za Laską". Dopadł mnie wczoraj o 5:00 rano w kuchni i opowiadał o jakieś nauczycielce, którą wyrywał całą noc aż spóźnił się na pociąg do Banburandii. A ona go olała i nie oddzwoniła. Siedział jak sierota na zydelku, wpatrując się w telefon jak w kupę. :P

Puknęłam się z samochodem. Na szczęście zaparkowanym. Jakiś idiota wykopał dziurę w ziemi, obwiązał ją taśmą i zapomniał postawić wcześniej znaki. Drugi idiota zaparkował tuż obok dziury, czerwoną Skodą. A ja radośnie wyjechałam sobie zza zakrętu i miałam 0,5 milisekundy na decyzję: dziura na 1,5 metra czy parkowanie na samochodzie? Wybrałam samochód. Rozcięłam brodę i otarłam łokieć do mięcha. Broda już się zagoiła ale krwawiłam jak młoda, zarzynana świnka. I zrobiłam sobie wolne od pracy na jeden dzień. :D :D

W Departamencie ferment. Susan walczy z Rachel, Cathy chowa się do mroźni, ryzykując hipotermię, oby tylko nie musieć brać udziału w konfrontacji. Wrzeszczą na siebie, Susan: "Niewrzeszcz na mnie przy pracownikach! (czyt. ja) a Rachel: "I dobrze! Niech słyszą!" I tak w kółko.

poniedziałek, 10 lipca 2006
No. Dziś pędzlowo
poniedziałek
poniedziałek, 26 czerwca 2006
Pójdź Kokainko, ja się uczyć każę

Szkolenie rozpoczęte. Dostałam sążnisty segregator do przeczytania. Na jego podstawie mam przeprowadzić szkolenie pracowników ze stażem krótszym niż 2 miesiące w materii bezpieczeństwa w pracy, użytkowania sprzętu i ogólnych zasad funkcjonowania w Tesko. Od poniedziałku zaczynam pierwszą zmianę jako Team Lider i pod okiem Cathy albo Rachel będę uczyć się wszystkiego zaraz: systemu, zarządzania ludźmi, kontrolowani dostaw itp. Jedyne co mnie martwi to odbieranie telefonów. W końcu to co po drugiej stronie, nie będzie mówic w języku mojej Mami! :)

Będzie dobrze. Ważne, że odpocznę od targania czołgu i rozjeżdżania dzieciarów.

I wiem już na pewno, że nie będę Liderem długo. Kiedy wczoraj Rachel przedstawiała mnie jednemu z kierowców powiedziała, że oto ja, bla bla bla szkolę się na Lidera a niedługo zostanę Managerem. :D :D

/taniec plemienny, kręcenie tyłeczkiem i przytupy...Unga, unga, czaka.../

piątek, 23 czerwca 2006
Taki Atlantyk to fajna rzecz

Osiem godzin w samochodzie. A po drodze Atlantyk.

Pojechaliśmy do Walii. Nagle okazało się, że Walijczycy mają góry, lasy, nawet iglaste, pomijając piaszczyste plaże i piekne, zielone wzgórza. Wszystko, czego potrzeba do szczęścia na tak małym obszarze. :)

widoczek

Patrzysz na ocean, odwracasz się, a tu "prawie Tatry: za plecami! :)

Pogoda nie sprzyjała kąpieli. Było zimno, wietrznie i mżyło. Woda miała temperaturę rozpuszczającego się loda ale i tak wszyscy zamoczyliśmy porcięta. Właściwie nie dziwię się, że Leonardo di Caprio zamarzł czepiając się tej deski. Nawet dgyby przeżył, byłby bezużyteczny dla Kate Winslet. Odmarzłoby mu wszystko od szyi w dół. :D

Na plaży mnówtso krabów- martwych, gąbek, jakichś koralowców i zielska. A przypływ, który zaczął się, kiedy przyjechaliśmy, co pięc minut próbował zabrać nam buty. Nigdy nie sądziłam, że przypływ może być taki szybki i tak wysoki. W dwie godziny woda przykryła cała plażę, plus betonowe schody i deptak.

widoczek 3

Potem zjedliśmy obiad w nadmorskiej restauracyjce. Wybrałam swoje pierwsze Fish and Chips w życiu, z groszkiem i sosem miętowym. Ten sos nie był najlepszym pomysłem ale od czego są serwetki. Wytarłam groszek i dalej poszło szybko. :D :D

No i ten walijski na każdym kroku...gdybym nie wiedziała, pomyślałabym, że w ramach rozrywki, lokalni huligani zmieniają kolejność liter w publicznych napisach...

napisik

Niby Informacja Turystyczna a spróbuj się czegoś tam dowiedzieć...

Yyyychh...

Po powrocie do Banburandii, zakropiliśmy wyjazd tym i owym stawiając na stoliku wszystko co było w barku. Droga powrotna do domu upłynęła pod hasłem: "Nie mam przedniego światełka, nie znam drogi, jest ciemno, ale fajnie się chwieję".

:D

czwartek, 22 czerwca 2006
Taki Rob na przykład...

Mamy nowego współlokatora. Przez chwile twierdziłam, że wole jego niż Muzina-w-Berecie ale zaczynam zmieniać zdanie. ROB, bo tak ma na imię pracuje w Tesko, godzinami łazi po sklepie, ogląda ceny, coś tu kliknie, coś tam zmieni i bardzo sie przy tym męczy. Zaczął pracę jakieś trzy tygodnie temu i zwrócił naszą uwagę, bo ma przedziwny obłed w oczach. Wygląda jak szaleniec na przepustce. Pewnego dnia...słychac naszego przeuroczego landlorda Alexa na schodach. Wychodze na korytarz...a tu BUM! Szaleniec w naszym domu! Uciekać!!

Roba z Bicester przywiozła...mama. razem z Robem przywiozła tyle pudeł i gratów, że część długo jeszcze leżała w korytarzu, bo Rob nie wiedział, że jego pokój ma powierzchnię 4,5 m^2. W tym: komputer z naklejką "Windows '95 Inside", kije do golfa, rower, katalogi znaczków świata (każdy po 1500 stron), które od razu wyrzucił. Wyrzucił też: Tolkiena, Dungeons and Dragons, kilka RPGów w pełnych zestawach i encyklopedię. Zaopiekowałam się nimi. Najwyraźniej Rob stwierdził, że wolny od Mamy nie musi już udawać wykształconego.

Rob. Rob ma kłaki na klacie i złoty łańcuch.

Rob nie je. Dostał część lodówki, szafkę ale jak na razie (minęło prawie 1,5 tygodnia) nie ma kubka, widelca, nic. Nie je i nie pije. Rob nie słucha muzyki. Rob nie lubi Internetu.

Rob sie kąpie. Zważając na cięcia w zużyciu wody jakie obowiązują w tym roku w UK, zastanawiam się ile razy dziennie kąpie się Rob, kiedy ograniczenia nie obowiązują?

A więc: wstajemy w trójkę o tej samej godzinie, bo wszyscy mamy do pracy na 6:00. Po tym jak zrobimy siusiu i tylko siusiu, do łazenki wchodzi Rob. Nalewa pełną wannę wody, która grzeje się prądem za nasze pieniądze i pluska się minut 35. Czyli tyle ile czasu zajmuje nam wyjście z domu. W tym czasie: prycha, pluska i kicha. Głośno i donosnie. Razy 15 lub więcej. I nie zamyka drzwi do łazienki. Biedna Truffelka. Cały dzień zepsuty. :( Bez umalowanych pyszczków, bez umytych zębów, dogłaskiwałyśmy włosy w przyzakładowej łazence.

Rob ma bałagan. Jego drzwi się nie zamykają od czasu kiedy Truffelka "Próbowała naprawić zamek" w pokoju, który kiedyś był jej. Przeciąg szaleje po domu i odkrywa straszliwe tajemnice pokoju Roba... Nie powstrzymałam się.

Pokoj Robaszka...

 ...

I ma pościel z falbankami i poduszkę w kropeczk!!. A na tym wszystko z czym Mama wyprawiła ponad trzydziestoletniego apsztyfikanta z domu.

Juz nigdy nie powiem złego słowa, jak Misiek położy paczkę orzeszków na podłodze, bo "wygodniej mi sięgać". Nie pisnę, kiedy nie będę mogła znaleźć płyty na biurku ani wtedy, kiedy zostawi mrożonkę kalafiora w kuchni na całą noc. Obiecuję.

A teraz idę poukładać poukładane i zostawię drzwi do naszego pokoju otwarte. Niech wie, skąd nasz ród! :P

czwartek, 15 czerwca 2006
Trochę historii

Wycinek Mirrora

Czyli dowiedzialam się, że jeszcze w 1952 roku Niemcy Wschodnie znajdowały się pod rosyjską okupacją...!!

Ostatnio dowiedziała się również, że Wielka Brytania jest:

*kolebką cywilizacji

*kolebką demokracji

*Wyzwoliła Europę od Nazizmu

*Jak ŻADEN kraj europejski, ucierpiała w II WŚ tak bardzo, że do dziś ślady tej tragedii odbijają się na psychice jej obywateli.

Jak ich uwielbiam, tak czasami nienawidzę. :/

piątek, 09 czerwca 2006
Anglomania

...ciąg dalszy, pozostawiam bez komentarza :D :

FANI

TU BYŁO ZDJĘCIE ANGIELSKICH FANÓW PIŁKI NOŻNEJ, STOJĄCYCH TYŁEM, NAGICH, OWINIĘTYCH WE FLAGI NARODOWE. nIESTETY, GOŁE POSLADKI STRASZĄCE CELLULITEM ZASŁUŻYŁY SOBIE NA BANA NA WWW.PHOTOBUCKET.COM. SO BE IT.

Autko  Dom w Somerset

Pub  Jeszcze jeden Pub

Trochę motoryzacji

...i niniejszym ogłaszam Mistrzostwa w Piłce Nożnej Anglia kontra Reszta Świata za otwarte.

niedziela, 04 czerwca 2006
Mówią, że idzie lato

Niektórzy mówią, że zbliża się, będzie trwać, będzie gorąco i wszystko to razem potrwa do piątku...:/ Potem będzie już bardzo wczesna jesień. Tak czy inaczej dziś 22*C, do końca tygodnia ma dobić do 28*C a później zgadnijcie...? DESZCZ będzie padać! Cóż za odmiana po deszczu z zeszłego tygodnia i dwóch tygodni wcześniej!

Objawem nadchodzącego lata są wentylatory na chłodziwo poustawiane tu i tam w TESKO oraz roznegliżowane tłumy. Tegoroczna moda letnia drażni mnie swoją obrzydliwością i tandetą. Gdyby nie to, że mieszkam 200 km od najbliżego oceanu, pomyślałabym, że pracuję sezonowo w Pobierowie czy Międzyzdrojach. Klapki, japonki, spódniczki-lambady (!), koszulki składające się wyłącznie ze sznurków, szmaciane kapelusze, słomkowe kapelusze, ręczniki i musze okulary. A wszystko to w kolorach: żółtym, błękitnym, czerwonym i białym. OHYDA!

Do tego, na wszystkim nadrukowany Krzyż Świętego Jerzego. Brytole mimo faktu, że stanowią Kingdom typu United, wyraźnie podkreślają swoją odrębność narodowościową i na wszystkim mażą czerwony krzyż na białym tle. Najdziwniejsze przedmioty na których namaziano narodową flagę to: wycieraczka, psi pysk, otwieracz do butelek, japonki, poduszki na krzesła kuchenne i przyczepa kempingowa.

Obsesja czerwonego krzyżyka przybiera na sile w miarę jak zbliżamy się do World Cupy. Codziennie w gazetach drukują plakaty z reprezentacją Anglii. Wczoraj w strojach wieczorowych, przedwczoraj w boiskowych ciuszkach, w zeszłym tygodniu w garniturach. Czekam aż wydrukują chłopaków w strojach kąpielowych. Taki plakat sobie zostawię. :P Na każdym zaś plakacie Beckham i przyjaciele stoją karnie w trzech rządkach wypinając piłkarskie, kurze piersi a pierwszy rząd straszy rozstawionymi nogami, jakby cierpieli na prostatę.

A teraz o Niescęściu Ronney'a. Ronney, zaraz obok Beckama, jest bohaterem narodowym klasy Elżbiety I i Szekspira. Pech chciał, że dwa miesiące temu uległ Strasznemu-Wypadkowi-Na-Boisku-Wskutek-Czego-Jego-Udział-W-World-Cupie-Wisi-Na-Włosku. Złamał sobie...palec u nogi. Zapakowano go więc do namiotu tlenowego, gdzie w oparach toksycznej mieszanki wysokogórskiej spędził tydzień. W gazetach można było obejrzeć plakat formatu A3 na którym schematycznie acz wnikliwie, wyrysowano jak to tak Rooney spędza czas w namiocie, gdzie ma głosniki, poidełko i gdzie oddaje odpady. Ale to dopiero początek chichów...

Wykurowany (w gazetach można było obejrzeć Rooneya wsiadającego i wysiadającego z samochodu we wszystkich mozliwych ujęciach) udał się na prześwietlenie. Na X-Rayu ukazał się Cud i Dobry Omen! Niczym Twarzyczka Świętej Panienki na szybie gminnej mleczarni, na prześwietleniu ktoś dopatrzył się, że kość zrosła się na krztałt Pucharu Cupy!!

kup

Co gorsza, pospół uwierzył w tą bzdurę i teraz kibice machają do siebie stopami!

A dziewuszka Rooneya, ucieszona powrotem do zdrowia swojego Pączusia kupiła mu...bagatela, LuckyCar za 78 000 funtów. Wygląda jak zrobiony z puszek aluminiowych ale ładnie się świeci.

A więc tym i nachodzącym latem żyje dzisiejsza Wielka Brytania. Relacja na żywo  z krainy wiecznie zielonych wzgórz i sfiksowanych obywateli...

Kokain.

...
No ja, ja...:D
sobota, 03 czerwca 2006
Johnowi chodziło o to , że...

"Jak czekałem na was żebyście wykombinowali pieniądze na prund ale wy nie i wyszło tak a wykombinowanie mam na myśli że musiałem pozyczyć żeby mieć jakieś i byłbym wdzięczny żeby wy wykombinowali i wsadzili pod moje drzwi i wyszło tak przez niedanie mi przez nikogo pieniędzy nie dlatego że miałek karty byłem gotów wsadzić funtów 20 na nie"

A w skrócie: w wiekszości domów w UK prąd i gaz doładowuje sie na za pomocą kart. John ma karty i jest gościu. Kończył się prąd a John zniknął na trzy dni. A więc mielismy pieniądze ale nie mieliśmy kart. John miał karty ale nie miał pieniedzy. Na trzydniowej bumelantce zapomniał o nas, dopóki nie zadzwonił do niego nasz Kochany Pakistański Landlord z pytaniem gdzie jest i dlaczego dzieciaki siedzą bez prądu. John, brutalnie wyrwany z poprawin poprawin urodzin kolegi drałował z pożyczonymi pieniedzmi na pocztę załadowac karty, potem do domu, załadowac liczniki. Stojąc u podnóżą schodów, ok godziny 2:00 nad ranem pokrzyczał coś, posłał kilka fucków, wypił herbatę i wrócił na party. No, tak to było.

A co do dzieciarów. Tu co trzecia kobieta jest akurat w ciąży. Co druga ma już dwójkę bachorów a każda ma wogóle jakieś w domu. Nie posiadanie dziecka jest odbierane ze zdziwieniem i niezrozumineiem. Ja i Truffel to wogóle ewenementy- prawie trzydziestoletnie panny a nie maja ani jednego dzieciara na plecach! Należy również zauważyć, że posiadanie dużej gromadki dzieci łączy się z benefitami i pomocą społeczną za którą można spokojnie przeżyć nigdy nie plamiąc rąk pracą. A 57% dzieciarów pochodzi ze związków pozamałżeńskich lub bezmałżeńskich. Ot tak, każdy z każdym. Dlatego są tacy do siebie podobni? :P

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12